SCh Puławska

Niebo nad Anglią

sky.jpgKiedy budzik zadzwonił o trzeciej nad ranem, zawinęłam się szczelniej w kołdrę i pomyślałam, - o nie, jeszcze tylko parę minut. Ale po paru godzinach siedziałam już w samolocie i patrzyłam jak urzeczona na kłęby puszystych, lśniących chmur, zabarwionych czerwonym światłem wschodzącego słońca - jakie życie potrafi być piękne - pomyślałam – uwielbiam latać.

Kiedy wylądowaliśmy w Luton ( lotnisko pod Londynem) było dżdżysto i szaro, taka typowa angielska pogoda. W piątkę ( Rafał Sadowski, Radek Kowalczyk, Radek Czajkowski i Mariusz Bąberski i ja) zapakowaliśmy się do wypożyczonego samochodu i pojechaliśmy do Gorsley.

Gorsley to niewielka miejscowość położona na wschodzie Wielkiej Brytanii, pełna uroczych domków, wąskich malowniczych dróg, oddzielonych od posiadłości starannie ostrzyżonymi żywopłotami, między którymi pasą się czyściutkie owce i krowy. I w tej małej, niepozornej miejscowości znajduje się duży zbór baptystyczny, który tętni życiem i ściąga do siebie mieszkańców nawet z odległych okolic.

Kiedy tam zajechaliśmy była środa po południu. Na miejscu już czekali na nas Tadeusz Wnuk i Marek Kacprzak, którzy dzielnie przemierzyli wiele kilometrów busem, przywożąc cały sprzęt potrzeby do budowy Labiryntu i nasze bagaże.
Gospodarze przywitali nas bardzo serdecznie i uraczyli wspaniałym obiadem, który spożyliśmy w towarzystwie sporego grona starszych osób, które tego akurat dnia spotkały się, aby pogadać, razem zjeść i spędzić czas. Jak się okazało spotkania w zborze odbywały się codziennie. Jednego dnia były to zajęcia dla matek z dziećmi, innego dla starszych panów i pań którzy urozmaicali sobie czas grając w bille, innego spotkania młodzieżowe ...cały tydzień kościół tętnił życiem. Jadąc tam zastanawiałam się, kto może przyjść na Labirynt w tak małej miejscowości. Jak się okazało, moje obawy były niesłuszne.

Osobami, które nas przywitały i zajmowały się nami był Robin, który przygotował nam noclegi i pomagał w organizacji, Ian, pracownik zboru, pomagał nam rozwiązywać wszystkie problemy techniczne i zarażał optymizmem i śmiechem, Ania (Polka!!!),która jest misjonarką, pomagała nam, wspierała nas na duchu, zabawiała i pokazywała ten piękny kraj, jakim jest Anglia, Sebastian, nowo nawrócony Polak, mieszkający w Anglii, który przyjaźnił się z nami i gotował dla nas najlepsze pod słońcem posiłki i ciepły, wiecznie uśmiechnięty Alex, również Polak, mieszkający w Anglii od pokoleń, który entuzjastycznie pomagał nam w pracy.

Budowanie konstrukcji i dekorowanie komnat zajęło nam dwa dni i dzięki naszym różnorodnym talentom sprawnie i miło udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik. Potem podzieliliśmy się funkcjami i byliśmy gotowi. W sobotę w Gorsley była zorganizowana przez ECM konferencja na temat misji wśród  emigrantów przybyłych ze wschodniej Europy, na którą przyjechało sporo pastorów i misjonarzy z różnych stron Wielkiej Brytanii. W trakcie konferencji Rafał i Mariusz mieli okazję podzielić się ideą Labiryntu i swoimi doświadczeniami na polu misyjnym oraz zaprosić wszystkich uczestników konferencji do przejścia przez Labirynt.
 
Każdego następnego dnia parking przed zborem zapełniał się samochodami. Kościół tętnił życiem, a przez Lighthouse, w którym zbudowaliśmy dekorację przewijały się nowe fale ludzi. Zależało nam, aby Polacy mieszkający na okolicznych farmach mogli usłyszeć o Chrystusie, aby to właśnie do nich dotrzeć z misją. Razem z Anią, która zajmuje się polskimi emigrantami jeździliśmy po okolicznych farmach i zapraszaliśmy do Gorsley. Większość z nich żyje tam w skromnych warunkach, mieszkają w barakowozach, do jakiegokolwiek miasta mają daleko, więc głównie spędzają czas pracując lub siedząc na miejscu .Niektórzy przyjeżdżają na sezon, inni na parę miesięcy, niektórzy żyją w ten sposób przez wiele lat. Ania wykonuje ogromną pracę dla tych ludzi. Zaprzyjaźnia się z nimi, pomaga im wypełniać dokumenty, załatwiać niezbędne formalności, organizuje dla nich spotkania, wspólne obiady i opowiada im o Bogu. Zdobywa ich dla Jezusa dając im wsparcie i miłość. Wiele z tych osób udało się zaprosić do przejścia przez Labirynt. Potem głównie Ania, Mariusz i Rafał rozmawiali z nimi (mają talent:)).
Niektóre rozmowy były długie i burzliwe, inne spokojne, dużo osób po wyjściu z Labiryntu płakało, inne potrzebowały spokojnego czasu w samotności. Cóż tu w Polsce jesteśmy otoczeni przez rodzinę, przyjaciół, mamy swoje domy, pracę. Tu większość z tych osób czuje się bardzo samotnie, mieszkają skromnie, ciężko pracują, tęsknią, borykają się z wieloma problemami. Łatwiej otwierają swoje stęsknione serce na miłość Jezusa. My przyjechaliśmy do Gorsley tylko na chwilę, jednak mam nadzieję, że możliwość przejścia tych ludzi przez Labirynt zostawi ślad w ich sercach, a Bóg dalej będzie działał w ich życiu.

Ja najwięcej czasu spędziłam wewnątrz Labiryntu, w tak zwanym pomieszczeniu technicznym, pilnowałam, aby w każdej komnacie zawsze paliły się świece, wymieniałam próbówki, sprawdzałam, czy wszystko jest w porządku. Tam mogłam się prawie cały czas modlić o ludzi, którzy przechodzili przez Labirynt, o moich bliskich, mój zbór, naszą ekipę, czułam się tam, jak w namiocie Pana Boga. Na lekkich tkaninach, z których zbudowane były ściany palące się świece dawały niesamowitą poświatę, ciepłego, migającego światła, wokół była cisza, przerywana cichymi szeptami modlitw, czasem głośnym szlochem, innym razem okrzykami chwalącymi Boga. Często nie widziałam nawet twarzy tych ludzi, ale szeptałam ciche modlitwy o Bożą ingerencje w ich życie. To niezwykłe uczestniczyć w takim wydarzeniu.
                                                                                        ***
Przed wyjazdem dużo się modliłam, mówiłam też Bogu o moich wątpliwościach i lękach. Bałam się, że z moim introwertycznym charakterem i słabym zdrowiem będę dla reszty ekipy ciężarem - Boże, a co myślisz o ślicznym różowym pokoiku na piętrze z pięknym widokiem z okna, miękkim łóżkiem i miłą gospodynią – mhm, tak mogłabym mieszkać - żartowałam. I jakie było moje zdziwienie, kiedy pierwszego dnia wieczorem podjechała pod Lighthouse przemiła starsza Pani o imieniu Lilien i zabrała mnie do swojego uroczego domku. Pomogła mi wtaszczyć walizkę do mojego pokoju, który znajdował się na pięterku, był …różowy, miał cudny widok przez okno, było w nim ciepło, a na łóżku piętrzyła się pierzyna przykryta koronkową kapą. Boże - pomyślałam, ale Ty masz poczucie humoru. Ponadto Pani szykowała mi wieczorem kąpiel z pianką, a na śniadanie dostawałam tosty i miseczkę truskawek (wiedziała, że je uwielbiam). To wszystko było o tyle niezwykłe, że Anglicy oszczędzają wodę, a ogrzewanie włączają na dwie godziny dziennie.

Ta sielanka trwała cztery dni.
Jednak poza poczuciem humoru, Bóg nie traci okazji, żeby skonfrontować nas z naszymi lękami. Po czterech dniach razem z Tadeuszem przenieśliśmy się do innej miejscowości. Tym razem zamieszkaliśmy w pięknym domu, też starszej Pani o imieniu Nora. Piękny, ogromny, stary dom, z kamienną podłogą i wielkimi obrazami na ścianach. Robił wrażenie. Każdy z nas dostał swój własny pokój z łazienką. Mój był ascetyczny, zimny i elegancki. Trzęsąc się z zimna umyłam się i wskoczyłam do lodowatego łóżka. Było mi makabrycznie zimno i rano bolało mnie już gardło i każdego następnego dnia było niestety gorzej.
Nora była przemiłą i troskliwą gospodynią, jednak dużo bardziej zahartowaną niż ja. Ten gościnny dom opuściliśmy po trzech dniach. Tego wieczoru spakowana, zasmarkana, z wypiekami na twarzy siedziałam na kanapie w stołówce zboru, próbując na komputerze podsumować wszystkie niezbędne elementy potrzebne do Labiryntu. Wtedy przyszła trzecia starsza Pani, u której miałam nocować - Rosemary. Kiedy weszłam do jej domu, do małego pokoiku i usiadłam na łóżku chciało mi się płakać. Dostałam od chłopaków na drogę imbir, miód i cytrynę ( przepis Wiesi Naumiuk – polecam) i z tym gorącym napojem siedziałam na łóżku, smarcząc się okropnie i marzyłam o moim domu, czułam się samotna, rozbita, chora i długo żaliłam się Bogu. Nie dałam rady. Cóż, wtedy też wysłałam do wielu osób prośbę o modlitwę. Następnego dnia razem z Mariuszem podjechaliśmy do apteki, gdzie miła pani farmaceutka stwierdziła, że najprawdopodobniej mam po prostu świńską grypę.
 - Świetnie, pomyślałam, nie to ze sama jestem chora, to pewnie już wszystkich zaraziłam.
Kazała nam pójść do biblioteki i sprawdzić objawy na podanej przez siebie stronie internetowej. Przyznam się Wam, ze idąc do biblioteki czułam się już naprawdę chora na wszystko. Okazało się jednak, ze objawy się nie zgadzają i pani w aptece sprzedała mi paracetamol i kazała dużo wypoczywać i siedzieć w cieple. No cóż, na razie było niemożliwe. Jednak już wieczorem czułam się prawie doskonale, Bóg mnie stawiał na nogi.
 
Pojechaliśmy Do Gorsley, żeby opowiedzieć innym ludziom Jezusie, pracowaliśmy całe dnie, dzieląc się pracą i pomagając sobie nawzajem. Jednak Bóg nie traci okazji, żeby szlifować swoich pracowników. Wiem, że każdy z nas nauczył się w tym czasie wielu nowych rzeczy, musiał skonfrontować się z własnymi lękami i słabościami, ale też ten pobyt dla każdego z nas stał się wielkim krokiem milowym w naszym chodzeniu z Bogiem, takim zastrzykiem energii, radości i zapału do pracy dla Pana.
                                                                                  ***
To był niezwykły pobyt, trwał 11 dni, to niewiele, ale też dużo. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i mogliśmy się lepiej poznać. Dla mnie to było odkrywcze, jak ciekawymi ludźmi okazali się członkowie naszej ekipy. Spontaniczny i serdeczny Rafał, analityczny i perfekcyjny, zawsze gotowy do pomocy Radek Kowalczyk, żywiołowy i dowcipny Radek Czajkowski, zdecydowany i opiekuńczy Mariusz, ciepły i serdeczny Tadeusz, zawsze w dobrym humorze, życzliwy Marek. Kiedy po złożeniu Labiryntu Rafał zaprosił nas na kolację i siedzieliśmy całą ekipą przy duży okrągłym stole, w komiku obok nas palił się ogień, jedliśmy dobre jedzenie i rozmawialiśmy o naszej pracy, ludziach, naszych odczuciach i doświadczeniach to patrząc na wszystkich myślałam o tym, jak wiele się wydarzyło i jak dobrze jest siedzieć tu ze wszystkimi i rozmawiać, jak w gronie dobrych, starych przyjaciół.

Mieliśmy sporo pracy, ale też dużo czasu na modlitwę, rozmowy o Bogu, życiu, radościach i kłopotach, poznaliśmy dużo ciekawych ludzi i dowiedzieliśmy się sporo o sobie i innych. Czasem warto wyjść z swojej bezpiecznej strefy i ruszyć z Bogiem w świat :)

Monika Krzyżanowska

 
Joomla Templates by JoomlaShack
Generated in 0.478232860565 Seconds